Nasza strona internetowa wykorzystuje pliki cookie, aby ulepszyć i spersonalizować Twoje doświadczenia oraz wyświetlać reklamy (jeśli występują). Nasza strona internetowa może również zawierać pliki cookie stron trzecich, takich jak Google Adsense, Google Analytics, Youtube. Korzystając ze strony, wyrażasz zgodę na używanie plików cookie. Zaktualizowaliśmy naszą Politykę Prywatności. Kliknij przycisk, aby zapoznać się z naszą Polityką Prywatności.

Pilchowice: ryby umierały według harmonogramu

Oceń materiał

Jezioro Pilchowickie nie zostało opróżnione nagle. Harmonogram był znany, zakaz połowu ogłoszono już w lutym, remont zapory zapowiadano od początku roku. Dziś, gdy na dnie widać śnięte ryby, społeczne larum brzmi dramatycznie, ale też bardzo późno. Bo pytanie nie brzmi już tylko: kto zawinił? Pytanie brzmi: gdzie byli wszyscy wtedy, gdy jeszcze można było żądać planu, dokumentów i realnej ochrony rybostanu?

Jezioro Pilchowickie znikało powoli. Nie zniknęło przez noc, nie w wyniku nagłej awarii, nie po cichu i nie bez wcześniejszych komunikatów. Już 12 lutego 2026 roku Okręg PZW w Jeleniej Górze poinformował o całkowitym zakazie amatorskiego połowu ryb na zbiorniku Pilchowice, powołując się na uchwałę Zarządu Okręgu z 9 lutego. Zakaz miał obowiązywać od 12 lutego do odwołania.

https://www.facebook.com/share/v/17pWbSiHur/

Reklama

To oznacza jedno: zegar tykał od miesięcy. Woda miała być spuszczana, zbiornik miał zostać opróżniony, a ryby — przynajmniej w teorii — miały zostać objęte działaniami ochronnymi. Tyle teoria. Praktyka dziś leży na dnie, w mule, w workach typu Big Bag i w komentarzach mieszkańców, którzy dopiero teraz zobaczyli, jak wygląda koniec akwenu, gdy ekosystem przegrywa z harmonogramem.

Remont zapory jest potrzebny. To trzeba powiedzieć uczciwie. Pilchowicka zapora to nie dekoracja do pocztówek, tylko obiekt hydrotechniczny, którego bezpieczeństwo ma znaczenie dla całego regionu. TAURON informował, że prace przy remoncie mają rozpocząć się w styczniu 2026 roku, a modernizacja obejmuje obiekty zbiornika wodnego Elektrowni Wodnej Pilchowice I. Inwestycja jest warta ponad 93 mln zł i ma być prowadzona zgodnie z harmonogramem.

Nie spieramy się więc o to, czy zaporę należy remontować. Spieramy się o coś znacznie ważniejszego: czy można było lepiej przygotować ochronę ryb, wcześniej poinformować wędkarzy i mieszkańców, pokazać plan odłowów, policzyć ryzyko, ujawnić operaty rybackie, zestawienia zarybień i koszty poniesione przez lata na gospodarkę rybacką tego akwenu.

Bo Jezioro Pilchowickie nie było pustą wanną. To był żywy zbiornik. Łowisko, ekosystem, miejsce zarybień, wędkarskich emocji i społecznych składek. Przez lata wydawano pieniądze, prowadzono gospodarkę rybacką, budowano wartość akwenu. Teraz duża część tej wartości poszła w szlam. Dosłownie.

Lokalne relacje z końca czerwca pokazują skalę problemu. Serwis Koła Grodzkiego PZW Jelenia Góra informował 25 czerwca, że woda odpływała sztolnią obiegową, a z powodu bardzo dużego stężenia zawiesin oraz pogorszenia warunków tlenowych ograniczono przepływ do 4,5 m³/s. Chodziło o zmniejszenie wypłukiwania namulisk i zwiększenie szans przeżycia organizmów wodnych poniżej zapory.

Kilka dni później obraz był już znacznie bardziej dramatyczny. Ten sam serwis informował 30 czerwca, że po upałach doszło do masowego śnięcia ryb, a u podnóża zapory i wzdłuż brzegów zalegały tysiące martwych osobników. Według tej relacji kilka ton padłych ryb zostało już zebranych do worków typu Big Bag.

RMF FM opisywało sprawę jako cmentarzysko śniętych ryb po spuszczeniu wody z jeziora. W materiale wskazywano, że proces spuszczania wody rozpoczął się już w lutym i dobiegał końca, a mieszkańcy alarmowali o katastrofie ekologicznej. TAURON odpierał zarzuty, podkreślając konieczność remontu i znaczenie zapory dla bezpieczeństwa regionu.

I tu właśnie zaczyna się najtrudniejsze pytanie. Nie tylko do TAURONU. Nie tylko do wykonawcy. Nie tylko do instytucji. Także do środowiska wędkarskiego.

Gdzie byli wszyscy wcześniej?

Gdzie byli członkowie PZW, gdy ogłoszono zakaz połowu? Gdzie były koła, komisje, działacze, opiekunowie wód i ci wszyscy, którzy nad wodą potrafią dyskutować godzinami o zanęcie, przyponie i wymiarze ochronnym, ale jakoś rzadziej czytają dokumenty, uchwały i harmonogramy? Gdzie była presja społeczna, gdy należało pytać o plan odłowu, liczbę ryb, sprzęt, ludzi, transport, natlenienie, miejsca przeniesienia i bieżący monitoring?

To nie jest zarzut wobec tych, którzy rzeczywiście pracowali przy odłowach. To nie jest uderzenie w ludzi, którzy w mule, smrodzie i upale próbowali ratować to, co jeszcze można było uratować. To jest pytanie o całą kulturę społecznej reakcji. Bo u nas często larum zaczyna się dopiero wtedy, gdy tragedia jest już fotogeniczna.

Dopóki jezioro jest pełne — cisza.
Gdy poziom wody spada — niedowierzanie.
Gdy ryby śnięte leżą przy zaporze — krzyk.
A gdy przyjdzie czas rozliczeń — nagle wszyscy byli „zaniepokojeni od początku”.

Nie byli. Gdyby byli, wcześniej żądaliby dokumentów.

Dlatego dziś potrzebne są nie tylko emocje, lecz także twarde pytania. Ile ryb według operatu znajdowało się w zbiorniku? Jakie były zarybienia w ostatnich latach? Ile kosztowały? Czy prowadzono zarybienia mimo wiedzy o planowanym opróżnieniu zbiornika? Kiedy PZW otrzymało harmonogram spuszczania wody? Kto odpowiadał za plan odłowów? Kto zatwierdził metodykę? Ilu ichtiologów pracowało na miejscu? Ile ryb udało się przenieść? Ile padło? Ile zutylizowano? Kto mierzył tlen, temperaturę, mętność i zawiesiny? Gdzie są raporty dzienne?

Bez odpowiedzi na te pytania będziemy mieli tylko emocjonalny spektakl po katastrofie. A spektakl, nawet najbardziej wzruszający, nie przywróci życia rybom.

Pilchowice są bolesną lekcją. Pokazują, że społeczna kontrola nie może zaczynać się od filmu w internecie. Musi zaczynać się od dokumentów, decyzji, uchwał, operatów i zadawania pytań wtedy, gdy jeszcze można zmienić sposób działania. PZW nie może być traktowane przez członków jak kasa biletowa do łowienia. Składka to nie tylko prawo do zarzucenia wędki. To także współodpowiedzialność za wodę.

Jeżeli więc dziś ma być larum, niech będzie pełne. Nie tylko: „kto zabił ryby?”. Także: „kto wiedział?”, „kiedy wiedział?”, „co zrobił?”, „czego nie zrobił?” i „ile publicznych oraz składkowych pieniędzy poszło razem z rybami w muł?”.

Bo ryby już nie przemówią.
Ale dokumenty powinny.

Autor: Rafał Chwaliński
Oceń po lekturze

Czytaj dalej

Sprawdź, co jest dalej

Ten temat ma więcej wątków — nie kończy się na tym artykule.

By Redakcja

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *