Przez lata wokół castingu narosło mnóstwo mitów, a już w szczególności wokół jego
najbardziej finezyjnej odmiany jaką jest BFS. Czy faktycznie jest to takie trudne, kłopotliwe i
w ogóle niemożliwe do opanowania? Postaram się odpowiedzieć w poniższym tekście. Aby
jednak móc w pełni wyczerpać temat finezyjnej odmiany używania multiplikatora
potrzebowalibyśmy chyba jednak skandynawskiego sezonu zimowego. Innymi słowy tekst,
który miałby wyczerpać temat miałby format małej książki. Tym razem jednak opiszę
absolutne podstawy dzięki, którym mam nadzieję, że nie zdecydowani w tym sezonie wezmą
do ręki swoje pierwsze zestawy castingowe.
Geneza powstania systemu BFS – wersja skrócona.
BFS był odpowiedzią przede wszystkim na realne potrzeby Japońskich wędkarzy, którzy to
łowili niewielkie ryby w niewielkich strumykach i górskich potokach. W takich warunkach nad
wyraz kluczowe jest ciche podejście i precyzyjna prezentacja naszego wabika. To właśnie
pod koniec lat 90 ubiegłego wieku dało podwaliny takim firmom jak Shimano, Daiwa czy Abu
Garcia do eksperymentowania z multiplikatorami, które miały być przeznaczone do
finezyjnego łowienia w trudnych warunkach. Na tamtą chwilę klasyczne multiplikatory były
już powszechnie znane i lubiane. Nader często wykorzystywane do ciężkiego łowienia
szczupaków czy bassów. Ówcześni wędkarze z pożądaniem spoglądali więc w katalogi
poważnych japońskich producentów z utęsknieniem wypatrując konstrukcji, które miały
szansę powodzenia w podaniu i prezentacji lekkich wabików. BFS jako osobna kategoria
zaczął na dobre funkcjonować w wędkarskiej świadomości dopiero jednak około 2010 roku,
kiedy to takie multiplikatory jak Shimano Calcutta Conquest 51 shallow special czy Shimano
Aldebaran lub Daiwa Pixy miały już zagwarantowaną pozycję i uznanie wśród wędkarzy.

BFS czyli Bait Finesse System
Nazwa BFS powstała jako skrót od angielskiego Bait Finesse System.
To określenie stworzone w Japonii, kiedy tamtejsi wędkarze zaczęli rozwijać technikę
łowienia bardzo lekkimi przynętami (bait) w sposób finezyjny i precyzyjny (finesse), używając
do tego multiplikatora (system). Japończycy nazwali to „systemem finezyjnych przynęt”, a
skrót BFS szybko przyjął się na całym świecie. Dlaczego akurat taka nazwa można by
zapytać? Bo BFS nie jest tylko kołowrotkiem czy wędką — to cała filozofia łowienia lekkimi
przynętami przy użyciu multiplikatora. Nasi dalekowschodni bracia z krainy znanej z ryży i
Play Station od zawsze myślą systemowo. Co też w znaczący wpłynęło na nazwę ale i
sprzęt sam w sobie. Żeby można było mówić o tym jako systemie należy wziąć pod uwagę,
że za sukces w łowieniu na małe przynęty przy pomocy multiplikatora składa się właśnie cały
zestaw czyli system tj. odpowiedni multiplikator, właściwa wędka (o niskim cw i określonej
akcji pozwalającej swobodnie ładować wędzisko do rzutu) oraz odpowiednio dobra linka. Po
poprawnym dobraniu wszystkich elementów tej układanki delikatne i precyzyjne łowienie
staje się frajdą w najczystszej postaci. Prawdziwy boom popularności BFS odnotowuje od
około 2015. Wraz ze wzrostem popularności i wszechobecności mediów społecznościowych
i platformy YouTube BFS stał się hitem.
Ultralight do góry nogami
Co uznajemy za lekkie i finezyjne łowienie? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi,
gdyż dla każdego wędkarza lekko znaczy co innego. Ja osobiście klasyfikuje lekkie łowienie
jak poniżej:
Xul – do 2g (extra light)
Ul – 2g do 10g
Power finesse 10-15g powyżej medium light, medium i medium heavy (ale tu nie o tym).
Nie mniej to jedynie moja prywatna klasyfikacja i z nią się zgadzać nie trzeba i nawet w
głowie autora jest mocno umowna 🙂
Jak powszechnie wiadomo lekkie techniki przeżywają rozkwit a ich popularność jest wciąż na
trendzie wzrostowym. Czego dowodem są katalogi wędkarskie wszystkich znanych i
szanujących się producentów sprzętu wędkarskiego. Nie dotyczy to jedynie samych
multiplikatorów ale przede wszystkim przynęt, linek i wszelkiego rodzaju akcesoriów. Jest
tego obecnie tak dużo, że nie sposób jednym tchem wymienić wszystko jest obecnie
dostępne na półkach sklepowych czy na witrynach znanych sklepów internetowych. Wręcz
łatwiej byłoby wymienić co jest nie dostępne.
Dlaczego lekkie łowienie ma tylu zwolenników?
Mam na to kilka swoich teorii, jedną z nich jest to, że finezja i precyzja w łowieniu przenosi
się również na gabaryty samego sprzętu, innymi słowy możemy zapakować się małą nerkę
ze wszystkim co nam potrzebne i iść skutecznie łowić nad wodą. Jest lekko i przyjemnie a
przede wszystkim mobilnie. Możemy się przemieszczać z miejsca na miejsce bez bagażu i
nie wyglądając przy tym jak zagubiony plażowicz usiłujący wcisnąć parawan na plaży w
Łebie w środku lipca. Ot filozofia.
Kolejna z moich teorii popularności finezji w łowieniu jest fakt narastającej presji wędkarskiej.
Coraz częściej żeby nie zejść z wody o przysłowiowym kiju zmniejszamy rozmiar przynęt,
haczyków, linek i stosujemy wędki o coraz niższym cw żeby sprawnie operować przynętami
aspirującymi do wagi iście muszej. Czy słusznie? Nie wiem, ważne, że wędkarzowi to
odpowiada a to o w tym wszystkim właśnie chodzi – sprawianie frajdy, odpoczynek na łonie
natury i wyciszenie. Takich teorii można snuć jeszcze wiele a to zostawimy na boku na inny
czas. Wszak obecnie lodowa pokrywa na wodach jest tak gruba, że … szkoda gadać. Będzie
jeszcze czas na pewno na uprawianie fotelowego wędkarstwa.
Casting po lekku (sic!) czyli mity 🙂
Jako, że dobrnęliśmy do miejsca, w którym w głowie układa nam się zarys wędkarskiego
problemu jakim jest lekki casting to poniżej postaram się rozprawić z mitami, które przez lata
były powtarzane jak mantra, ale tylko przez tych, którzy kontakt z lekkim castingiem mieli
jedynie wtedy gdy kuzyn cioteczny szwagra słyszał jak wuj stryjeczny ze strony matki widział
jak we wsi obok rozbierali szopę i tam na strychu obok junaka na półce znaleźli podobno
multiplikator co to wuj Stanley wysłał dziadkowi Felkowi z USA na cześć upadku komunizmu
w Polsce.
Mit 1: „Multiplikator nie nadaje się do lekkich przynęt” [grafika lub banner]
To przekonanie ma swoje korzenie w latach 80. i 90., kiedy multiplikatory faktycznie były
ciężkie, miały masywne szpule i słabe hamulce.
Dziś to nieaktualne.
Nowoczesne kołowrotki BFS mają:
ultralekkie, perforowane szpule,
precyzyjne hamulce np. FTB
niską masę całkowitą.
Rzucanie 2–4 g nie jest już sztuką — to standard.
Mit 2: „BFS robi ciągle brody”
Brody robi nie BFS, tylko:
źle ustawiony hamulec,
zbyt lekka przynęta na start,
zbyt agresywny rzut.
Przy poprawnych ustawieniach i przynętach 2-3g BFS jest stabilniejszy niż wielu się wydaje.
Co więcej — multiplikator daje możliwość zatrzymania szpuli w ułamku sekundy, co
zmniejsza ryzyko splątań przy lądowaniu przynęty i staje się zabójczo precyzyjny w trudnych
warunkach (nawisy drzew, gałęzie itp.)
Mit 3: „Spinning rzuca dalej, więc jest lepszy”
Spinning faktycznie rzuca dalej — to prawda ale tylko częściowa (ważne, że nie Gówno
Prawda). Ale BFS nie powstał do dalekich rzutów, tylko do precyzji, przynajmniej w
początkowej fazie, dzisiejsze zestawy miotają przynętami równie daleko co łatwo a przede
wszystkim celnie.
W małych rzekach, kanałach i ciasnych miejscówkach:
dystans nie ma znaczenia,
genialna łatwość podawania i prezentacji przynęty w warunkach leśnego strumyka
czy pstrągowej rzeczki,
BFS wygrywa kontrolą nad torem lotu przynęty.
To jak porównywać snajperkę do armaty — obie są dobre, ale do innych zadań.
Mit 4: „BFS to tylko moda z internetu”
BFS powstał w Japonii ponad 20 lat temu jako odpowiedź na realne problemy:
ostrożne ryby,
małe rzeki,
duża presja wędkarska.
To nie moda, tylko ewolucja sprzętu, która dotarła do Europy dopiero wtedy, gdy stała się
bardziej dostępna cenowo.
Mit 5: „BFS jest drogi i elitarny”
Kiedyś tak było — pierwsze modele kosztowały fortunę.
Dziś dobry zestaw BFS można złożyć za rozsądne pieniądze, a budżetowe modele działają
zaskakująco dobrze.
Tu można wiele napisać czy tanie jest dobre a dobre jest tanie i czy warto jak tanio itd.? Ale
po co? Pomimo, iż najogólniej mówiąc nie jestem fanem sprzętu z krainy ryżem i elektrykami
płynącymi to fakt, że są przyzwoicie zrobione i działają nieźle to w znakomitym stopniu
pozwoliły spopularyzować BFS na naszym podwórku a to duża zaleta. Im nas więcej tym
lepiej 🙂
Mit 6: „BFS jest trudny do nauczenia”
Prawda jest taka:
pierwsze 30 minut może być wyzwaniem,
po kilku godzinach rzucasz pewnie,
po kilku wypadach nie chcesz wracać do spinningu 🙂
To jak jazda na rowerze — początek bywa niepewny, ale potem idzie naturalnie.
Mit 7: „BFS nie ma sensu na polskich wodach”
To chyba największy mit.
Polskie wody są wręcz stworzone pod BFS:
małe rzeki pełne kleni i jazi,
kanały z okoniami,
pstrągowe odcinki,
presja wędkarska, która wymusza finezję.
BFS działa u nas wyjątkowo dobrze, bo odpowiada na realne potrzeby, a nie na modę.
Choć autor tego tekstu, czyli Ja od zawsze za największą zaletę uważa niepodważalną
przyjemność bezkreśnie płynącą z operowania delikatnym zestawem castingowym to nad
wodą zawsze się znajdzie jakiś stryj wuja Stanleya, który i tak powie, że masz trzymasz
wędkę do góry nogami 🙂
Ponieważ sezon na lodowe dziuple w pełni to w kolejnych materiałach opiszę dalsze
perypetie związane z lekkim castingiem.
A Wam życzę byczego sezonu za to za długo trwające lodowisko 🙂
Z wędkarskim pozdrowieniem,
Autor: Dariusz Zalega





